Rozwój osobisty

Dress code: Przekleństwo i dar

Dress code czyli odpowiedni strój do okazji czy stanowiska ma wielkie znaczenie. Źle dobrane ubranie może przekreślić naszą karierę, ale czy na pewno? Pewna rekruterka poszukiwała pracowników ubrana w marynarkę i czerwone kapcie. Para narzeczonych zrezygnowała z organizacji wesela w luksusowym hotelu, bo managerka miała odrosty. Wnioski? To, co nosisz w życiu zawodowym, ma bezpośredni wpływ na twoją karierę.

Można się śmiać, że dress code to archaizm, bo świat poszedł do przodu i teraz stawiamy na indywidualizm, omijając sztywne reguły. Przecież twórca Apple, Steve Jobs, w nieśmiertelnym czarnym golfie był w stanie wynegocjować milionowe kontrakty i wszyscy go traktowali poważnie. A Mark Zuckerberg, wynalazca Facebooka, też za nic ma biznesowe zasady ubioru; na zebrania zarządu wkłada T-shirt, dżinsy. I jest miliarderem. Super, ale to są jednak wyjątki od reguły.

PIERWSZE WRAŻENIE

Już po 7- 11 sekundach osoba, która nas widzi po raz pierwszy, podświadomie oszacowała to, na ile jestem miła, sympatyczna i wiarygodna. A na wiarygodności zbudowany jest przecież w dużej mierze sukces, nie tylko w biznesie. I tutaj przechodzimy do meritum: bo wiarygodność to także odpowiednie do okazji, stanowiska i sylwetki ubranie. Neuropsycholog prof. Rafał Ohme, znany badacz mózgu, poleciał kiedyś na wykład do Seulu do słynnej Fashion School w Korei Południowej. Na lotnisku okazało się, że jego bagaż zaginął gdzieś w Moskwie. W środku była biała koszula, marynarka i spodnie, w których miał wygłosić wykład przed kilkoma setkami wymagających słuchaczy. Nie miał czasu na buszowanie po sklepach.

– Nigdy wcześniej nie włożyłem tyle wysiłku i starań w to, aby mój wykład o niezwykłych zdolnościach ludzkiego mózgu był uznany za świetny – przyznaje. – Widziałem zdziwienie w oczach słuchaczy, kiedy się zjawiłem w auli, w obcisłych spodniach dresowych i porozciąganej bluzie, choć powinienem być pod krawatem. Na początku myśleli, że to żart, jakaś ukryta kamera, a prawdziwy profesor z Europy dopiero się pojawi. Paradoksalnie, to mnie zmobilizowało jeszcze bardziej. Dałem z siebie wszystko, żeby być dla nich wiarygodnym. Być może stałem się również ikoną awangardowej neuro-mody – uśmiecha się.

UBRANIE KONTRA KREATYWNOŚĆ

Wiadomo, że lekarka w gabinecie nosi fartuch, a pod spodem, nawet latem, sukienkę lub długie spodnie. Wykładowcy akademickiemu nie przystoi zaś koszulka „bokserka”. Od lat 90., kiedy w Polsce pootwierały się kolejne korporacje, zaczęto wymagać i analizować dress code, tj. ściśle określony zestaw nakazów i zakazów dotyczących stylu ubierania. Wciąż restrykcyjnie podchodzi się do zawodów medycznych, prawniczych, bankowych i oczywiście dyplomatycznych. Artystom daje się więcej zrozumienia, tu normy nie obowiązują, choć na premiery i wernisaże gwiazdy przybywają zwykle ubrane elegancko i z fasonem.

Za mało mówi się u nas o psychologicznym kontekście biznesowego dress code’u. A przecież, jak dowodzi psycholożka i terapeutka Katarzyna Kucewicz z Ośrodka Psychoterapii i Coachingu Inner Garden, większość z nas przegląda się w lustrze przed wyjściem do pracy.

– Sprawdzamy, jakie robimy wrażenie i czy wyglądamy profesjonalnie, atrakcyjnie. W zależności od tego, jak bardzo praca opiera się na naszym wizerunku, przeglądamy się odbiciu z większą uwagą. I dobrze, bo ubranie wpływa na naszą kreatywność – podkreśla Kucewicz.

I opisuje eksperyment naukowy amerykańskiej psycholożki mody, Down Karen, z udziałem
zdolnych studentek. Otóż te, które były ubrane formalnie, rozwiązywały zadania matematyczne znacznie szybciej niż równie utalentowane studentki, przebrane w kostiumy kąpielowe.

– Odpowiednio dobrany do okazji strój zdołał wpłynąć na ich samopoczucie i wiarę w siebie. A tej drugiej grupie kobiet kostium kąpielowy odebrał wiarę w intelekt – komentuje psycholożka.

Już dawno zauważyła, że wygodna stylizacja pomaga uwolnić potencjał intelektualny, wolność i nieskrępowanie. Tyle że w słowie „wygoda” kryje się haczyk. Bo pomiędzy wygodą a nonszalancją czy brakiem wyczucia przebiega cienka granica.

– Słyszałam o rekruterce, która poszukiwała pracowników, ubrana w marynarkę, spódnicę i czerwone kapcie. Z pewnością czuła się wygodnie, ale taki wygląd jest oznaką lekceważenia drugiej strony. Nadmierna pewność siebie może być arogancka i podobnie dzieje się z ubiorem.
Warto zadbać o równowagę – dodaje Katarzyna Kucewicz.

JAK CIĘ WIDZĄ, TAK CIĘ PISZĄ

Katarzyna Gajek, wedding plannerka, szefowa agencji ślubnej „Aspire”, w ciągu kilkunastu lat zorganizowała kilkaset ślubów, w tym dla aktorek Katarzyny Zielińskiej czy Małgorzaty Kożuchowskiej. Wypracowała własny patent.

– Jeśli wiem, że spotkam się z muzykiem rockowym, to zakładam casualową koszulę, jeansy i „cięższe” buty. Kiedy mam omawiać szczegóły ślubu z nobliwym starszym panem, to stawiam na biznesową klasykę. Dla mnie ważne jest też miejsce spotkania. Jeśli jadę do klientów do biura, to nie w adidasach – opowiada. – Jeżeli czuję się zadbana, atrakcyjna sama dla siebie, zawodowo jestem bardziej skuteczna. A gdy odczuwam dyskomfort, od razu brakuje mi przebojowości. Podczas ślubów i wesel najlepiej się czuję wtedy, kiedy wtapiam się w tło. Wybieram klasyczne sukienki w kolorze beżu, nude, pudrowego różu. W butach na wysokim obcasie niestety nie jestem w stanie tej pracy wykonywać. Ma być wygodnie, ale nie ma mowy, żebym pracowała w japonkach czy w sandałach. To jest poza moją etykietą biznesową, jak w większości korporacyjnych dress code-ów.

Klienci bacznie zwracają uwagę na wygląd osób, które proponuje się im do obsługi wesela
(didżej, wodzirej, magik, fotograf, tancerze, kelnerzy, managerowie restauracji).

– Pewna para nie wybrała świetnego, znanego didżeja tylko dlatego, że na spotkanie przybył ubrany tak, jakby przed chwilą wstał z łóżka. I na nic zdały się tłumaczenia, że na weselach on wygląda zupełnie inaczej.

Katarzyna wspomina też pannę młodą, która zrezygnowała z organizacji wesela w 5-gwiazdkowym hotelu z powodu złej prezencji managerki. Kobieta miała odrosty i niedbały manicure.

– Moja klientka uznała, że hotel zatrudniający takiego managera może nie przestrzegać standardów obsługi klienta – opowiada Katarzyna Gajek. – Ja również zwracam uwagę na to, czy osoby, z którymi skontaktuję klientów oraz ich gości, mają zadbane dłonie, ostrzyżone i świeżo umyte włosy, itp. Kieruję się różnymi kryteriami, ale skłamałabym mówiąc, że wygląd jest bez znaczenia. Klientom tłumaczę, że są zawody, jak scenograf czy fotograf, których przedstawiciele mogą sobie pozwolić na większy luz i artystyczną swobodę – dodaje Katarzyna Gajek.

Fakt. Aktorom, muzykom i w ogóle artystom wybaczamy znacznie więcej i rozumiemy, że wiele osób ustala własne reguły gry. Ale to wciąż wyjątki. Jeśli chodzi o biznes, wniosek jest prosty: jak cię widzą, tak cię piszą. A od tego zależy w dużej mierze kariera!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *