Relacje

Kryzys to coś typowego! Co to jest terapia par?

O tym, że kryzys w relacji może działać rozwijająco, a także o tym, dla kogo i kiedy potrzebujemy terapii jako para, opowiadają eksperci. Przed Wami seksuolodzy i psychoterapeuci: Agata Stola oraz dr Robert Kowalczyk z Instytutu Psychoterapii i Terapii Seksuologicznej SPLOT w Warszawie.

Fot. Unsplash

Magdalena Kuszewska: Czy w pandemii przybywa par, które mają trudności w związku i zgłaszają się na terapię?

dr Robert Kowalczyk: Rzeczywiście, coraz więcej osób poszukuje świadomie usług psychoterapeutycznych. Bez względu na pandemię, najwięcej par zgłasza się zwykle po wakacjach i na początku nowego roku. Cóż, na urlopie ludzie wreszcie pobyli ze sobą dłużej i pojawiły się różnorodne problemy. Zimą z kolei doświadczamy chęci pracy nad związkiem, choćby w ramach postanowień noworocznych.

Agata Stola: Nie sam urlop jest jednak przyczyną kryzysu. Ten zazwyczaj pojawia się dużo wcześniej, a urlop ma być punktem zwrotnym, sposobem na uporanie się z problemami. Bywa, że są to „wakacje ostatniej szansy”. A jeśli nawet na wyjeździe jest super, to potem i tak wracamy do rzeczywistości. Okazuje się, że osoba, w której się zakochaliśmy na nowo, znowu przestaje nią być. Wiele par idzie w takim momencie do terapeuty, ale są też takie, które decydują się od razu na rozstanie czy pomoc prawnika, w przypadku gdy do zakończenia związku potrzebny jest rozwód.

MK: Na terapię trafiają najczęściej pary z długim stażem?


RK: Kryzys dotyka związki na różnych etapach. Nawet na poziomie narzeczeństwa. Podkreślamy: kryzys to coś typowego w relacji!

AS: Ludzie lubią myśleć o swoich relacjach jako o bardzo udanych. Czasem nawet jak my, terapeuci, już wiemy, że para ma kryzys, to ona nadal temu zaprzecza. Czyli na dwóch pierwszych sesjach w kółko powtarzane jest: „Ale przecież nam się układa, wszystko jest super”. Wtedy pytamy: „To, dlaczego zdecydowali się na terapię?” i okazuje się, że kryzys jest czymś wstydliwym, nie pasuje do tak zwanego wizerunku.

MK: Trochę rozumiem. Kryzys w związku brzmi złowieszczo.

RK: No właśnie, najczęściej kojarzy się negatywnie. Ale w psychologii kryzys oznacza przewartościowanie, dezintegrację. To okryte niechlubną sławą słowo, które dla wielu oznacza, że jeśli ktoś jest w kryzysie, to znaczy, że coś się dzieje niedobrego. Tymczasem rozwijamy się poprzez kryzysy. Dochodzimy do ściany, więc musimy ją zburzyć, aby pójść dalej. I albo to zrobimy, albo się cofniemy. Kryzys w psychologii to często zapowiedź rozwoju! To zwiastun zmiany, nie zawsze rozpadu. Na przykład przejście z narzeczeństwa do małżeństwa jest w tym kontekście kryzysem. Kolejny etap.

MK: Jak to widzą pary?


AS: W praktyce terapeutycznej często widzimy, że w związkach brakuje świadomości etapów czy poczucia zmieniającej dynamiki relacji. Panuje iluzja ciągłości, chcemy widzieć drugą połowę taką, w jakiej się zakochaliśmy. A to zupełnie bez sensu, bo zmiany, które w nas zachodzą i związane z nimi kolejne etapy związku działają na korzyść naszej relacji. Spotykamy małżeństwa, które rozwodzą się po 25 latach. Dlaczego? Padają argumenty: „Mam poczucie, że jestem z całkowicie innym człowiekiem, niż z tym, z którym brałam ślub wiele lat temu”. To prawda, ludzie w relacji różnie dojrzewają. Może pojawić się rozdźwięk; kiedyś byli na tym samym etapie, a po 25 latach ich drogi się rozeszły. Najczęściej jednak udaje się docenić zmianę i czerpać z jej korzyści.

Agata Stola i dr. Robert Kowalczyk,
fot. z arch. Instytutu Splot, Warszawa.


MK: Trudno stwierdzić, czyja to wina. Związek ewoluuje, a my w nim.

RK: Tutaj nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Pary różnie radzą sobie z tym faktem. I mają odmienne sposoby rozumienia czy przerzucania odpowiedzialności. Na przykład mężczyzna mówi: „Moja żona jest wariatką! Proszę jej wytłumaczyć, że ja mam rację!”. Albo odwrotnie: „Mężowi odbiło po czterdziestce, to ja jestem pokrzywdzona!”. Pary trafiają do nas czasami po to, aby znaleźć sobie arbitra.

AS: Jedna z częstych sytuacji: dzwoni klient/klientka, aby się umówić na terapię pary. Ale najpierw chce się spotkać sam/a, po to, żeby „wyjaśnić” terapeucie, jaki jest problem z drugą połową związku. Już właściwie na etapie rozmowy telefonicznej zaczyna się „urabianie” terapeuty. A my z Robertem już wiemy, co się będzie działo na pierwszej sesji. Trzeba więc zaprowadzić porządek w relacji terapeutycznej. W parze obowiązuje inny układ niż podczas terapii indywidualnej. Zazwyczaj jest jedna osoba, która staje się motorem napędowym pójścia na terapię. I ona ma już przygotowaną diagnozę, więc przychodzi do nas i przekazuje to, co według niej jest istotne. Takie próby przejęcie kontroli nad procesem trzeba ucinać jeszcze zanim zacznie się terapia.

MK: Dlaczego prowadzicie terapię par w duecie?

AS: To może przyspieszyć proces. Owszem, terapia dwa na dwa jest droższa, bo klienci płacą za czas dwójki terapeutów, ale bywa bardziej efektywna, po prostu w takim układzie do pewnych wniosków dochodzi się szybciej.

MK: Z jakim problemem najczęściej przychodzą pary?

AS: Można byłoby powiedzieć stereotypowo: on jest zaangażowany w pracę, ale w domu i w związku nieobecny. Owszem, to bardzo dobry człowiek, tyle że go nigdy nie ma, a ona czuje się samotna, odtrącona i sfrustrowana… Coraz częściej jednak ten układ się odwraca, problem pozostaje, ale zmienia się układ płci. Kobieta jest pochłonięta życiem zawodowym, karierą, a mężczyzna czuje się odtrącony. W jednym i drugim przypadku problem jest przede wszystkim komunikacja.

RK: Zdarzają się całkiem odmienne wizje związku lub miłości. Pary trafiają do nas często także dlatego, że w ich relacji nie ma seksu albo spadła znacząco namiętność. Jesteśmy przygotowani do pracy z problemem z pożądaniem, jesteśmy również seksuologami.

AS: I to jest też nasza przewaga, jako specjalistów od seksuologicznej terapii. Wiele problemów par rozgrywa się na polu seksualnym. Czyli mamy podział ról w życiu codziennym, który może budzić frustracje czy niezadowolenie, wtedy tzw. „wyrównanie rachunków” może rozgadywać się w seksie.

RK: Seks bywa narzędziem walki, co jest sporym problemem. Na przykład używany jest do szantażu. „Jeśli tego nie zrobisz/nie zmienisz, to ja nie pójdę z tobą do łóżka”…

MK: A teraz obalmy mit terapii par z udziałem dwójki terapeutów. Nie jest tak, że każde z Was staje się rzecznikiem czy sojusznikiem jednej osoby.

AS: Pary przychodzą z różnymi oczekiwaniami. Podkreślamy wszem i wobec, że podczas sesji każdy terapeuta jest bezstronny. Owszem, może przyjmować punkt widzenia naszych klientów, w zależności od tego, jakie się pojawiają argumenty. Ale żadne z nas nie jest niczyim rzecznikiem. Równowaga musi zostać zachowana. Istotne jest także to, że Robert i ja spieramy się ze sobą czasami, jako terapeuci.

MK: O, ciekawe. Przy parze, podczas sesji?

RK: Tak, to się zdarza.

AS: Tym samym możemy w bardzo wiarygodny sposób odtwarzać wiele procesów, które zachodzą między naszymi pacjentami. To ogromnie wspierające w postępie terapii, w zrozumieniu problemu. Pracując z parą, mamy też własne wnioski na temat jednej i drugiej strony, do tego dochodzi intuicja oraz osobisty bagaż doświadczeń.

Fot. Unsplash


MK: Jak wygląda terapia pary?

RK: Początkowe spotkania mają wymiar konsultacyjny, które najczęściej prowadzą do uwspólnienia celu. Zdarza się nierzadko, że para ma zupełnie różne oczekiwania względem terapii.

MK: Na przykład ktoś chce uprawiać więcej seksu, a druga strona marzy o częstszych rozmowach?

RK: Albo jedno chce się rozwieść, a drugie pozostać w związku.
AS: Partnerzy mają też odmienne wizje wychowania dzieci. I na tym tle wybuchają konflikty.

RK: Ważne jest rozpoznanie terenu i sformułowanie celów, a także opracowanie tzw. kontraktu terapeutycznego. Dopiero po spotkaniach konsultacyjno-diagnostycznych rozpoczynamy właściwą terapię.

AS: Zdarzają się pary, które mimo upływu czasu nie są w stanie znaleźć wspólnego celu. Nic na siłę.

RK: Właściwie brak celu to też jest… cel. Musimy skonsultować parę, zanim wejdziemy w proces terapeutyczny. To samo dzieje się w terapii indywidualnej.

AS: Czasem efektem terapii może być rozstanie. Dzięki temu, że w gabinecie mamy układ dwa na dwa, przy rozstaniu pełnimy rolę mediatorów. Wtedy naprawdę łatwiej rozstać się z klasą, bez tzw. „prania brudów”.

MK: Na terapię przychodzą pary hetero- i homoseksualne. A zdarzają się nietypowe, np. mężczyzna i jego kochanka?

AS: Z naszego punktu widzenia to zawsze jest para. Może być tak, że przychodzi mężczyzna z kochanką, by pracować nad relacją. Poza tym ma też żonę, z którą próbuje się rozstać. Jest sporo par, które żyją w kilku relacjach naraz: poprzednie związki, małżeństwa, rozwody, często dzieci.

RK: Jeśli para przychodzi na terapię, trzeba pamiętać, że ma za sobą różne doświadczenia, związki, często dzieci … mnóstwo przyległości.

MK: Czy w ostatnim roku doceniliśmy bardziej fakt bycia w relacji? Jak to jest z Waszego punktu widzenia?

AS: Zdecydowanie. Relacja stała się trochę takim ostatnim bastionem, który nas trzyma w pionie, chroni, co wychodzi właśnie w pandemii. Czasy koronawirusa pozwoliły nam docenić obecność drugiej osoby. Często ludzie, którzy żyli obok siebie, realizowali się głównie na zewnątrz, czerpali energię i siłę z sukcesów, z podróży, z towarzyskich relacji, nagle zostali zatrzymani w domach. I dopiero wówczas zrozumieli, że wspaniale mieć obok siebie osobę, do której można się przytulić. Są pary, które np. dzięki pandemii zaczęły uprawiać częściej seks, doceniając jego emocjonalną sferę, która daje poczucie bezpieczeństwa i spełnienia.

Rozmawiała: Magdalena Kuszewska

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *