Kariera

Artur Chamski: Nie wchodzę oknem

Kiedy aktor i wokalista Artur Chamski odkrył, że jego zarobki w pandemii drastycznie spadły, zaczął oszczędniej żyć. Nowy sportowy samochód zamienił na starszy i stylowy, a zamiast chodzić do restauracji, sam gotuje. Niedawno dołączył do obsady serialu „Brzydula” i zrobił dubbing w filmie „Cruella”. Wraca z radością na sceny teatralne, a do tego bywa artystycznym agentem kolegów. Ufnie patrzy w przyszłość.

Fot. Michał Lenarczyk

Magdalena Kuszewska: Dołączyłeś do obsady serialu „Brzydula” (TVN). To taka współczesna bajka o Kopciuszku.

Artur Chamski: Trochę sam się czuję jak Kopciuszek (śmiech).  

MK: Już widzę ten tytuł. Artur Chamski: „Czuję się jak Kopciuszek!”.  

ACH: Mówiąc serio: cieszę się. Na takie wyzwanie akurat było miejsce w moim życiu i to nie tylko przez pandemię, która silnie zweryfikowała rzeczywistość artystyczną. Kilka lat temu zainwestowałem mocno w teatr, także kosztem gry w serialach. Po to, żeby wrócić do źródła, popracować nad warsztatem. Jestem z zawodu aktorem, którego publiczność postrzegała jednak bardziej jako wokalistę lub osobę z show-biznesu. Efekt? Przez ostatnie kilka lat grałem ponad 300 spektakli w sezonie, łącznie w trzech warszawskich teatrach: Buffo, Capitol, Komedia. 

MK: Zaraz, zaraz, wystąpiłeś w 300 spektaklach, tylko w jednym sezonie?!

ACH: Moim rekordem jest 321 spektakli, od września do połowy lipca w 2019 roku, więc tempo było spore. Zdarzało się, że grałem musical „Metro” w Buffo dwa razy dziennie. Powoli zacząłem tęsknić za telewizją. Natomiast pierwszy lockdown, w marcu 2020 roku, był dla mnie zbawienny, bo myślałem: w końcu odpocznę. Ale lockdown się przeciągał i zrozumiałem, że tak naprawdę nikt z rządu nie czeka z utęsknieniem, aby odblokować teatry. To był kubeł zimnej wody. Kiedy zdałam sobie sprawę, że nie zarabiam tyle, co wcześniej, postanowiłem nie sięgać do oszczędności, tylko zredukować absolutnie koszty życia codziennego. Udało mi się to o kilkadziesiąt procent. Usunąłem zbędne aplikacje w telefonie i różne podłączone pod konto karty, w tym na siłownię, w której nie bywałem. Odeszło jedzenie z restauracji. Sprzedałem samochód, sportowe Audi. Kupiłem ponad 20-letniego Saaba. Podrasowałem, zrobiłem z niego perełkę, ale i tak jest znacząco tańszy w zakupie oraz w użytku. I to była jedna z moich lepszych decyzji tego roku. 

MK: Twoja auto widziałam, jest piękne. Wróćmy do „Brzyduli”. Poszedłeś na casting, aby dostać rolę Alana, asystenta projektantów, który nieźle namiesza w serialu?

ACH: Akurat tutaj po prostu zaproponowano mi tę rolę, co się czasem zdarza. I dobrze, bo nie jestem typem, który lubi wchodzenie oknem, jeśli ktoś ci zamknie drzwi. Kiedy w ubiegłym roku teatry zostały zamknięte, ale zaczęły się powoli „otwierać” seriale i plany filmowe, wszyscy mówili: „Uderzaj wszędzie, próbuj, znajdź porządnego agenta, który zacznie działać w twoim imieniu”. A ja zdałem sobie sprawę, że właściwie od początku kariery miałem ją stabilną. Do pandemii żyłem niczym w bańce: nie cierpiałem na brak wyzwań, mogłam sobie nawet zdecydować, że chciałbym więcej teatru. To rzeczywiście był komfort. W nowej sytuacji, co nawet mnie samego zaskoczyło, zacząłem działać jako agent artystyczny. Nie tylko swój własny, ale też innych artystów. 

MK: I zrobiłeś dubbing do „Cruelli”, nowego hitu filmowego z wytwórni Disneya, który grają właśnie polskie kina.  

ACH: Tutaj już zostałem zaproszony na casting. Gram przyjaciela głównej bohaterki, Cruelli de Mon. Bardzo mi to dużo frajdy dało. A co do bycia agentem, wcześniej trochę tak funkcjonowałem. Miałem zlecenia, których czasem nie mogłem wziąć. Grałem mnóstwo spektakli, a dostawałem oferty związane z poprowadzeniem jakiejś imprezy albo stworzeniem oprawy artystycznej wydarzenia. Opracowałem więc bazę danych moich bliskich znajomych i przyjaciół, artystów. Przez ostatni rok zacząłem zarabiać na prowizji, związanej z nową profesją. Łatwiej mi negocjować warunki i stawki dla kogoś niż dla siebie!

Fot. Michał Lenarczyk

MK: Na pewno pomaga Twoja naturalna otwartość i kontaktowość. 

ACH: Tak, to mam akurat po mamie, która jak czegoś nie wie, nigdy nie boi się zapytać. Mama uważa, że niewiedza nie jest zła. Problemem pojawia się dopiero wtedy, gdy nie wiesz i nie potrafisz uzyskać informacji na dany temat. 

Pamiętam, jak byłem mały i przyjeżdżaliśmy z mamą do nowego miejsca czy miasta. Wysiadaliśmy z autobusu lub pociągu, szukaliśmy jakiejś ulicy, wtedy przecież nie było GPS-ów. I mama wchodziła do sklepu albo zagadywała przechodniów. Ja też taki jestem i to się rzeczywiście przekłada na lepszą jakość pracy czy życia. Ta cecha pomogła mi także przy dołączeniu do ekipy „Brzyduli”, gdzie zresztą zostałem bardzo ciepło powitany.  

MK: Twoja pierwsza scena w tym serialu to rozmowa o pracę, która trwała 7 sekund. 

ACH: Tak, ekspresowy dialog z bohaterką, graną przez cudowną Dominikę Kluźniak. Ona parafrazowała charyzmatycznego projektanta Przema, w którego wciela się Jacek Braciak. Zapytała mojego bohatera: „Co osoba umie robić, zdrowa jest?”. Kiedy usłyszała zapewnienie, że tak, odrzekła: „Świetnie, jest pan przyjęty”. 

Szybko udało mi się wejść w rozpędzoną machinę produkcji i chyba nawet nie miałem momentu, żeby się porządnie zestresować. Poza tym większość aktorów znam, choćby Piotrka Roguckiego, z którym gram ciekawy wątek. Poznaliśmy się na Festiwalu FAMA w Świnoujściu, dwadzieścia lat temu. Mamy wiele wspólnych wspomnień od czasów studiów, ale to pierwsza okazja, kiedy możemy razem pracować, co jest fantastyczne. Piotrek odniósł niesamowity sukces w muzyce, najpierw jako zespół Coma, potem solowo, dopingowałem go. Tym bardziej, że moim niespełnionym marzeniem jest wydanie autorskiej płyty… A z Julką Kamińską, która gra tytułową rolę w „Brzyduli”, to już w ogóle się długo i mocno przyjaźnimy. Z nią zawodowo spotkałem się już w spektaklu „Pierwsza randka” , w Teatrze Komedia. W czerwcu wchodzimy wszyscy na plan, na kilka tygodni, aby nakręcić kolejny sezon „Brzyduli”. Mimo że to serial emitowany w telewizji od poniedziałku do piątku, każdy odcinek trzyma poziom, a humor jest lekki, inteligentny. Kiedy scenariusz jest tak dobrze napisany, każda z postaci ma inny temat do zagrania, praca na planie staje się przygodą. Mam apetyt na więcej. 

MK: Tuż po zakończeniu zdjęć do „Brzyduli”, w maju, rzutem na taśmę wyjechałeś do Egiptu. Zasłużone wakacje?

ACH: Poleciałem z grupą przyjaciół, z którą łączy mnie również praca, bo był to… służbowy wyjazd. I niesamowita decyzja dyrektora Teatru Buffo, Janusza Józefowicza! Kręciliśmy w Egipcie zdjęcia do musicalu „Polita”, który jest obecnie realizowany jako zapis telewizyjny, w sposób nowatorski, eklektyczny. Część scen nagrywamy na deskach teatru, inne w plenerze. I pojechaliśmy do Egiptu po to, żeby nakręcić tzw. egzotyczne sceny. Cieszę się, bo mieliśmy nie tylko duże artystyczne wyzwanie, ale mogliśmy też wreszcie pobyć w naszym przyjacielskim gronie. To cenne, tym bardziej, że przez ostatni rok pandemia uniemożliwiła nam regularną pracę i spotkania. Po zdjęciach mieliśmy dla siebie kilka wolnych dni. Pływaliśmy w basenie, rozmawialiśmy, żartowaliśmy. I to było super! Dyrektor doskonale wiedział, co robi. Postanowił zintegrować zespół, który przez rok pracował częściej on-line niż w realu. 

MK: A co ostatnio zmieniło się u Ciebie prywatnie? Może masz nową zajawkę?

ACH: Tak, moja pasja do gotowania rozwinęła się jeszcze bardziej. Sporo eksperymentuję w kuchni. Ciekawe, że w ogóle nie tęsknię za restauracjami i mam zamiar trochę zaoszczędzić na jedzeniu, co nie znaczy, że nie chcę dobrze zjeść. Wolę kultywować jedzenie w domu. 

MK: Powiesz, co najchętniej gotujesz?

ACH: Wczoraj spotkałem się z przyjaciółką, Katarzyną Michniewską, która jest właścicielką firmy Eko Cykl i założycielką Eko Teatru Bohema House. Na obiad zaserwowałem danie butter chicken, bez żadnych  półproduktów. Wcześniej zaopatrzyłem się w oryginalne przyprawy. Znalazłem w Warszawie świetne hinduskie sklepy, w których możesz kupić absolutnie wszystko. Nic, tylko eksperymentować! Nawet zwykłą pomidorową czasem podaję z mlekiem kokosowym, aby delikatnie podkręcić smak. Wcześniej zrobiłem bigos wegański z wędzonym tofu. Osoby, które są mięsożerne, powiedziały że smakuje jak tradycyjny bigos. A przyjaciółce Kasi podałem też flaki z boczniaka, coś pysznego. 

MK: Wspomniałeś, że wracasz na deski teatru. Gdzie Cię można zobaczyć?

ACH: Premiera spektaklu „O sole mio, czyli nikt nie kocha tak jak tenor” w Teatrze Komedia już 12-13 czerwca, a potem gramy go przez całe lato. Zapraszam. To kontynuacja historii losów bohaterów innego spektaklu, „Dajcie mi tenora”. On jest wciąż w repertuarze Tetaru Capitol. Ciekawostka: w dwóch teatrach i w dwóch przedstawieniach gram jedną rolę, czyli Maksa. Mój bohater jest asystentem dyrektora opery, który marzy o byciu solistą i przeżywa różne perypetie. Doceniam, że ruszamy ze spektaklami i wracamy do życia artystycznego. Wreszcie!

Rozmawiała: Magdalena Kuszewska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *