Relacje

Jak aplikacje typu Tinder wpływają na związki?

O pułapkach, które czyhają na nas w sieci, o związkach, które tam się zawiązują, o współczesnych problemach par opowiadają seksuolodzy i psychoterapeuci, Agata Stola oraz dr Robert Kowalczyk z Instytutu Psychoterapii i Terapii Seksuologicznej SPLOT w Warszawie.

Fot. Unsplash

Magdalena Kuszewska: W pandemii duża jeszcze większa część naszego życia przeniosła się do sieci. Jak portale i aplikacje typu Tinder wpływają na związki?

Dr Robert Kowalczyk: W naukach społecznych pojawiło się jakiś czas temu określenie: „tinderyzacja randek i relacji”. O co tu chodzi? O to, że tego typu relacje zawiązują się bardzo szybko, a jednocześnie równie szybko rozpadają się. Skoro mamy dostęp do tak wielu kandydatów czy kandydatek naraz, to pojawia się poczucie, że ktoś idealny, kto spełnia nasze fantazje, jest tuż za rogiem, wiec po co specjalnie inwestować w partnera nieidealnego – poszukiwania nie mają końca.

MK: Kto najczęściej korzysta z takich rozwiązań?

Agata Sola: Badania pokazują, że głównymi użytkownikami portali tego typu, z Tinderem na czele, są ludzie między 20. a 30. rokiem życia. Wśród tej grupy osób szczególnie rosną wymagania wobec związku. Aplikacje dają możliwość szybkiego przeglądu opcji, ale istnieje ryzyko, że ktoś fajniejszy i ciekawszy może nam uciec. Paradoks: pokolenie Z uprawia dużo mniej seksu niż ich poprzednicy. Dlaczego? Poprzeczka jest wyżej, większe wymagania, poza tym obowiązuje jasna zasada – na każdym etapie mogę odmawiać. To ma ogromne znaczenie w przypadku młodych kobiet. Teraz, jeśli kobiecie coś nie pasuje, to zazwyczaj mówi: „nie”. A jeszcze kilkanaście lat temu było tak, że jeśli spotkała mężczyznę, który jej w miarę odpowiadał, zazwyczaj „brała co się trafiło”. Z obawy, że więcej okazja może się nie trafić – a przecież wciąż jej się przypomina, że „zegar biologiczny tyka”.

MK: Co jest typowe w tinderyzacji związków?

AS: Wchodzimy w relację z wykreowanym wizerunkiem, a nie konkretną osobą. W tym sensie mówimy o tinderyzacji, czyli ogólnie o wpływie mediów społecznościowych na nasze życie. Przybywa związków, które zaczynają się w sieci. I nawet jeśli para poznaje się w pracy czy na imprezie, to potem i tak ogląda swoje profile na mediach społecznościowych, rozmowa przenosi się do komunikatorów, itd. Tym samym ważne staje się to, w jaki sposób ktoś wykreował swój wizerunek na Facebooku czy Instagramie, jakie zamieszcza zdjęcia, cała ta otoczka. Bywa, że pesymista kreuje siebie jako osobę bardzo optymistyczną, otoczoną ludźmi, bez problemów. To może być pułapka. I potem zderzamy się z brutalną rzeczywistością, kiedy to najbardziej uśmiechnięta osoba na IG okazuje się w realu najsmutniejszym człowiekiem w mieście.

Fot. Unsplash


MK: Symboliczne, że wiele osób będących w związku wciąż mówi o tym per „ja”, zamiast „my”.

RK: I to pokazuje też pewnego rodzaju myślenie o związku. Czy mamy relację, którą traktujemy w kategoriach użytkowych, pewien konwenans, czy jesteśmy rzeczywiście „my”?

MK: U Was w gabinecie, poza chusteczkami jednorazowymi, stoi także klepsydra. Przydaje się w terapii par?

RK: Oczywiście, zazwyczaj podczas terapii klepsydra odmierza precyzyjnie czas. Każda ze stron otrzymuje podobną ilość czasu na opowiadanie, tutaj musi być równowaga. Raz wypowiada się jedno, raz drugie. Klepsydra porządkuje dyskusję.

MK: Ile czasu odmierza?

AS: Kwadrans, chodzi jednak o symetrię.

MK: Nad czym pracujecie podczas terapii par?

AS: Nad wzajemną empatią, współodczuwaniem. Kiedy tempo życia jest szybkie, wszystko zdaje się być świetnie zaplanowane, my zadajemy pytanie: „Kiedy państwo ze sobą rozmawiacie?”, „Kiedy macie czas, aby poczuć, jak się czuje druga osoba w waszym związku?”. I nagle się okazuje, że tego wspólnego czasu bardzo brakuje. Mimo że para robi razem dużo rzeczy, chodzi na basen, do kina i do przyjaciół, to nie ma rzeczywistej interakcji. Nawet nie pomyślą o tym, aby usiąść wieczorem i ze sobą porozmawiać.

MK: Pewnie dopiero w gabinecie zaczynają to robić.

RK: Jest takie pytanie, które często chciałbym zadać. Brzmi ono: „Czy państwo się w ogóle lubicie?”…

MK: Mocne.


RK: I ważne. Okazuje się, że nie każdy chciałby się spotkać ze swoim partnerem na kawę, gdyby nie byli w relacji.

AS:
Czasami związek jest tylko po to, aby zaspokoić kluczowe potrzeby.

RK: Na przykład ona lub on chcą mieć dziecko; głównie z tego powodu szukają partnera.

AS: Często słyszę od kobiet, że ich partner czy mąż „to dobry człowiek, przy którym czuję się bezpiecznie”.

RK:
Kolejna popularna kategoria: „On jest taki przyzwoity”…

AS: Tak. „Dobry człowiek” i „wspaniała kobieta”. Hasła, które słyszymy w gabinecie na co dzień. Tak mówią o sobie partnerzy i małżonkowie.

RK: „Świetnie, ma pan piękną, mądrą kobietę, tylko dlaczego nie chce pan z nią spędzać czasu, tylko woli kochankę?”…

AS: Wiele par doświadcza kryzysu wtedy, gdy kończy się zaangażowanie przy dzieciach. Ludzie zaczynają myśleć wreszcie o swoich potrzebach. I nagle wychodzi na jaw, że motywacją do założenia związku było założenie rodziny. To nic złego, ale takie kompetencje mogą jednak na dłuższą metę nie wystarczać. Czasem przychodzą kobiety, które są w trakcie rozwodu albo myślą o rozstaniu z partnerem. Mówią, że mężczyzna, z którym się związały, jest idealnym ojcem, świetnie zajmuje się dziećmi, spełnia się w tej roli. Ale kiedy dopytuję, czy to jest też mężczyzna, za którym wodziły wzrokiem, czy on ich pociągał, to okazuje się, że zupełnie nie.

RK: I teraz nasuwa się pytanie, czego oczekujemy od związku? Czy potrafimy nazwać własne potrzeby? A to bywa uwalniające. Należy jednak pamiętać, że jeśli mężczyzna ma być świetnym ojcem i głową rodziny, to nie będzie pełnił już często roli uwodziciela.

AS: Chodzi o to, żeby wybrać partnera nie tylko dlatego, że będzie cudownym tatą. Albo z drugiej strony, co też się zdarza, chęć posiadania mężczyzny, który nie ma w sobie za grosz odpowiedzialności. Jednak kobieta uważa, że przerobi go na wspaniałego tatę. Szczególnie w młodym wieku popadamy w skrajności, które po latach stają się powodem do złości, frustracji i problemów.

RK: Terapia może więc poszerzyć świadomość. Jeśli ktoś sobie zda sprawę z tego, że ma konkretne emocje i oczekiwania od partnera, to jest w stanie podjąć konkretne decyzje, wybory.

Fot. Unsplash


MK: Warto wspomnieć o tym, że terapeuci nie załatwią wszystkich problemów za parę. Trzeba nad związkiem pracować.

AS: Owszem. Dlatego są pary, które znikają, gdy tylko dowiadują się, że powinny pracować nad relacją.

RK: Ale to pokazuje ich podejście do związku, do terapii. Niektórzy uważają, że terapeuci powinni załatwić ich trudne sprawy. My chętnie pomożemy, wskażemy drogę, ale jednak nie przepracujemy pewnych rzeczy za parę.

AS: Dla mnie wzruszająca jest chwila, w której para dochodzi do ważnych refleksji. Na przykład pojawia się problem, za który jedna strona obwinia tę drugą. „Bo ty jesteś histeryczką” albo: „Reagujesz zbyt impulsywnie na to, co mówię”. I wtedy powracamy w terapii do wspomnień, do historii rodzinnych, do różnego typu relacji. Nagle widzisz swojego partnera/partnerkę jako syna, córkę, brata czy siostrę. I wtedy ludzie się wzruszają, mają łzy w oczach. Wcześniej byli zbyt zamknięci, zasklepieni w swoich przekonaniach. Nie brali pod uwagę tego, że każdy z nas jest sumą doświadczeń i innych relacji. To moment, który uważam za przełomowy w terapii.

RK:
Każdy przychodzi na terapię z pewnymi schematem relacji. Np. kiedy rozmawiamy o kłótniach, wychodzi na jaw, że u kogoś w domu one były jedynym momentem, kiedy bliscy ze sobą rozmawiali. I mogli powiedzieć coś ważnego, wrzeszcząc, co działało oczyszczająco. Z kolei dla innej osoby kłótnia jest zagrażająca, wiąże się z przemocą. A więc jedno dąży do kłótni, a drugie od nich ucieka. Stąd choćby biorą się problemy w komunikacji.

MK: Nie ma sensu bać się terapii, skoro jest w stanie dopomóc.

AS: Niestety często pary wciąż wzajemnie się nią straszą: „Jak się nie zmienisz, czeka nas terapia”… „Jeśli się nie dogadamy, zostaje nam już tylko pójście na terapię”. Takie zdania padają w związkach. Podkreślmy więc, że terapia to jest najczęściej jednak początek, a nie koniec.

RK: Ważne, aby każda para miała świadomość, że wchodząc w terapię, pracuje ze sobą niemal cały czas. My, terapeuci, widzimy ich tylko w ciągu godziny w tygodniu. Czasem częściej albo rzadziej. Wszystko jest sprawą indywidualną.

AS: Są pary, które zjawiają się na terapię raz na dwa tygodnie, bo tyle potrzebują, aby przetrawić jakiś problem czy temat. Bywa, że ktoś przychodzi na konsultację, kiedy rozmawiamy i radzimy: „Wróćcie do nas za pół roku, idźcie najpierw na indywidualną terapię”. Dzieje się tak wtedy, gdy ktoś ma za sobą bardzo skomplikowane relacje rodzinne, różne osobiste problemy, które rzutują na związek. I jeszcze jedno: na terapię trzeba być gotowym, co też nie jest wcale oczywiste, ale na konsultację u specjalisty zawsze jest dobry czas.

Rozmawiała: Magdalena Kuszewska

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *