Kariera

Sztuka czy biznes? Nie trzeba wybierać!

– Kilka lat temu rozwiodłam się. Mówi się, że w domu może być tylko jeden artysta, a mój eksmąż nim był. Kiedy zamieszkałam z synami i nowym mężem, zaczęłam coraz częściej rysować. Pamiętam ten moment, kiedy postanowiłam: idę w sztukę! – mówi Małgorzata Gortel- Trusińska, architekt, artystka, tworząca obrazy i sztukę użytkową, która równolegle pomaga klientom sprzedać domy i mieszkania.

Fot. Małgorzata Gortel- Trusińska

Czasem latami marzymy, żeby rzucić korporację (czy w ogóle pracę na etacie), zrobić coś niezwykłego, iść w stronę sztuki i kreatywności. Oba światy wydają się czasem jednak zbyt odległe, aby mogły się połączyć…  Tymczasem Małgorzata Gortel- Trusińska  jest tą osobą, której się udaje.

Z wykształcenia architekt, z powołania artystka. Po wielu latach pracy w korporacjach, po licznych podróżach po świecie- od Indii przez Nowy Jork, gdzie mieszkała dwa lata- postanowiła iść za głosem serca. Tworzy obrazy o charakterze fraktali („nieskończenie złożone”) oraz oryginalne misy ceramiczne Dragonskin. Przy okazji udowadnia, że nie trzeba wybierać: praca w biznesie albo bycie artystką? Na co dzień więc zajmuje się sprzedażą nieruchomości. Ale na tworzenie zawsze znajdzie czas. To element życia, którego nie chce już stracić. 

Magdalena Kuszewska: Kiedy pozwoliła sobie Pani  w ogóle pomyśleć o tym, że może być artystką, a nie tylko bizneswoman?

Małgorzata Gortel- Trusińska: Przez wiele lat pracowałam m.in. w trzech korporacjach, a także prowadziłam własną firmę architektoniczną. Odpowiadałam za projekty, konkretne sumy, szukałam klientów. Na sztukę brakowało czasu, choć ta zawsze mnie ciekawiła i porywała. Miałam potrzebę tworzenia. Kilka lat temu rozwiodłam się, w moim życiu nastąpiły duże zmiany. Mówi się, że w domu może być tylko jeden artysta, a mój eksmąż nim był. Kiedy zamieszkałam z synami i nowym mężem, zaczęłam coraz częściej rysować. Pamiętam ten moment, kiedy postanowiłam: idę w sztukę! To było bardzo organiczne. Stworzyłam sobie proste narzędzie, taki rodzaj białego pisaka, który daje różnorodne efekty. W ten sposób powstały pierwsze obrazy, fraktale. Proste, ale nieoczywiste.

MK: Każdy widzi na nich co innego, bo dają szerokie pole interpretacji. 

MGT: Moje obrazy mają przynosić odprężenie, ale też stymulować do myślenia. Skończyłam studia technik relaksacyjnych, poza tym nadal jestem architektem, co widać choćby dzięki formie i kreskom. W tych obrazach nie ma logiki i rzeczywiście każdy widzi co innego… Jeśli patrzymy na nie, lewa półkula mózgowa,  odpowiedzialna za logiczne myślenie, oddaje pole tej prawej, od kreatywności. To pomaga odpocząć i zresetować się. Chcę tworzyć sztukę, która daje możliwość relaksu, regeneracji. Moja sztuka jest portalem do podświadomości, intuicji i emocji. To wartościowe, szczególnie teraz, kiedy większość osób jest zestresowanych i niepewnych przyszłości.

MK: Kiedy pomyślała Pani o sobie także jako o artystce?

MGT: Przyznaję, na początku miałam problem z tym, aby mówić, że tworzę i jestem artystką. Uważałam, że to, co robię, stanowi jedynie element dekoracyjny. Dziś każdemu, który tworzy, powiem, że jest artystą. Bo artystą jest z się z serca, nie z ukończonych szkół.

MK: A jak się stało, że zajęła się Pani nieruchomościami?

MGT: Przygoda z nieruchomościami sama do mnie przyszła. Spotkałam się z klientem, by zaprojektować mu wnętrze, a on mnie poprosił, abym potem je sprzedała i tak się zaczęło. Znam się na wnętrzach, więc doskonale potrafię je przygotować, wydobyć z nich wszystko, co najlepsze. I teraz jestem w stanie pomóc szybko i zyskownie sprzedać dom czy mieszkanie, co też traktuję jako sztukę.

Fot. Arch. prywatne

MK: Jak klienci Pani obrazów interpretują to, co nie jest oczywiste? Ja na jednym z obrazów widzę muszlę…

MGT: A ktoś inny widzi hełm rzymski albo kosmos, albo jeszcze coś innego. Cieszę się, że moje obrazy pobudzają wyobraźnię. Sporo klientów stanowią mężczyźni i wiem nawet, dlaczego. Kobiety urządzają domy, odpowiadają za dobór mebli i dodatków. A panowie królują w swoich biurach, firmach, tam dopiero często mają wolną rękę, jeśli chodzi o wystrój. Po obrazy zgłaszają się więc do mnie często biznesmeni, prawnicy, właściciele firm. Te obrazy pasują do ich biur, do kancelarii. Jeden klient zamówił trzy obraz potężnej wielkości, trzy metry na półtora, do holu w firmie. Jego kontrahenci próbują zinterpretować to, co widzą. 

Mam też klienta, który jest szefem firmy, byłym wojskowym. Na jego obrazie jest okrągły motyw, oczywiście niejednoznaczny. Opowiadał mi, że zaprasza swoich klientów do tego, aby ich umysły się zregenerowały przed poważnymi negocjacjami. Prosi, aby opisali, co widzą na obrazie. I znowu: jeden dostrzega tarczę, inni kobiece piersi. Obrazy mają też często złoty ceramiczny element, w Azji uchodzący za symbol obfitości. Na szczęście.

MK: Jak to się stało, że zaczęła Pani wypalać misy ceramiczne o fakturze skóry krokodyla, zwane Dragonskin?

MGT: Raz mój syn wrócił z zajęć ceramicznych, a ja postanowiłam mu pomóc dokończyć „dzieło” i tak się zaczęło. Ceramika jest dla mnie jak ogrodnictwo. Dlaczego? Planuję konkretną rzecz, ale i tak nie wiem, co z niej „wyrośnie”, czyli co będzie owocem mojej pracy. Wymyśliłam misy, które mają skórę jak krokodyl. Każda z nich się wypala i przy tym wykrusza, co mi nie przeszkadza, bo to naturalny proces. Potem bawię się kolorem, dobieram zwykle dwa. Ale kolor też po wypaleniu bywa inny. Efekt jest więc dla mnie jako twórcy zaskoczeniem, pozwalam się rozwijać w wybraną przez nich stronę. Stąd organiczne kształty. 

MK: Niedawno kupiłam Pani misę w pomarańczowo- niebieskich kolorach; jeden to dla mnie symbol słońca, za którym tęsknię zimą, a drugi wody, którą kocham. 

MGT: Uwielbiam żywe, mocne kolory, dużo u mnie pomarańczu, czerwieni, ale też różnych odmian szmaragdu, błękitu. I forma, i łączenia kolorów nie są oczywiste. Ciekawe, że misy kupują już głównie kobiety. Choć misy pełnią funkcję użytkową, można w nich trzymać np. owoce, to jedna z klientek zapowiedziała, że ta jej posłuży wyłącznie jako dzieło sztuki, które się prezentuje i ogląda…

Fot. Arch. prywatne

MK: Często zmienia Pani zawody, choć oczywiście stała jest w Pani życiu sztuka, design wnętrz oraz sprzedaż.

MGT: Lubię zmianę i zmiana lubi mnie. Uważam, że świat wokół nas jest zmienny, stąd też potrzebujemy zmieniać i siebie, i wnętrza. Nie rozumiem osób, które od 15 lat mieszkają w tak samo urządzonych pokojach. Wtedy, kiedy rodziły im się dzieci, kiedy się rozwodzili, kiedy zmieniali pracę…Ja zmieniam wystrój mieszkania nawet kilka razy do roku. Uważam, że wnętrze ma nas wspierać i dodawać nam energii! 

MK: A co najłatwiej i najtaniej zmienić w domu?

MGT: Jeśli nastaje wiosna, tak jak teraz, budzi się w nas inna potrzeba koloru niż w grudniu, kiedy szykowaliśmy się do świąt, prawda? Czemu więc nie wymieniać obrusów, poduszek, zasłon, dodatków? To wcale nie oznacza wysokich nakładów finansowych. Ja chętnie kupuję genialne kanapy w dobrej cenie, w jednym z salonów meblarskich, a potem odsprzedaję je w niemal podobnej kwocie. Nie przywiązuję się do mebli. Niektórzy moi klienci boją się zmian, bo np. zainwestowali w skórzaną sofę 20 tys. zł. Uważają, że nie powinni jej sprzedawać, bo stracą. I tak się z tą sofą męczą, patrzeć na nią nie mogą. Powtarzam im, że meble i dodatki mają nam robić frajdę, pomagać żyć, a nie przeszkadzać.  

MK: Zmiana to silny trend, biorąc po uwagę nieprzewidywalność życia, która jeszcze wzrosła w pandemii.

MGT: Dlatego warto się ze zmianą oswoić. My, Polacy, coraz więcej się przeprowadzamy. Coraz częściej nie kupujemy własnego mieszkania, tylko je wynajmujemy. Tak, jak od dawna dzieje się to za granicą. I wcale nie znaczy to, że kogoś nie stać na własne M. Po prostu woli być niezależny, bo wtedy ma większe pole manewru. Moi klienci są coraz bardziej otwarci na zmiany, co zauważam z radością. Tacy zresztą też do mnie lgną. Cóż, jestem dowodem na to, że zmiana sprawia frajdę.

Rozmawiała: Magdalena Kuszewska

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *