Styl życia

Jak mieszkać w Japonii i nie zwariować?

Paulina, Maciek i ich synek wyjeżdżają na dwa lata do Tokio. Od początku dziwi ich wszystko, popełniają sporo gaf. Po powrocie do Polski piszą o tym książkę i zaczynają być traktowani, ku własnemu zdumieniu, jako znawcy Japonii. Czego możemy się uczyć od mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni?

archiwum prywatne

Z Pauliną Walczak-Matlą, współautorką (razem z mężem Maciejem) książki pt. „Japonia. Subiektywny przewodnik nieokrzesanego gaijina” rozmawia Magdalena Kuszewska.

MK: Skąd pomysł, abyście zamieszkali w Japonii?

Paulina: Kiedy dostałam propozycję pracy z amerykańskiej firmy, z oddziałem w Japonii, uznaliśmy, że to propozycja z gatunku takich, które zdarzają się raz w życiu. I bez sensu jest odmawiać. Oczywiście pojawiły się sceptyczne głosy: „Cooo, Japonia?! Po co? Źle wam tutaj?”… Mimo że nasz synek miał niecały rok, a Maciek musiał zrezygnować na jakiś czas z pracy, aby stać się tam mężem przy żonie i opiekunem dla naszego dziecka, zrobiliśmy to. Zamieszkaliśmy w Tokio. Przydarzało nam się tyle absurdów i wciąż mieliśmy różne przygody, więc postanowiliśmy je opisać. I tak pojawił się blog, który zaczęłam pisać na Faceboku i Instagramie. Potem założyliśmy stronę, gdzie publikowaliśmy dłuższe teksty.

Wasze pierwsze wrażenie po przybyciu do Japonii?

Wielkie miasto, tłumy ludzi, samochody, autobusy i… Cisza. Jasne, szum miejski słychać, ale brakuje okrzyków, głośnych śmiechów, dyskusji. To wynika oczywiście ze specyfiki japońskiej kultury. I oto przyjechaliśmy my: wysocy, głośni, czasem jak słonie w składzie porcelany. Zaliczyliśmy trochę gaf. Czy wiesz, że w niektórych japońskich restauracjach należy ściągnąć buty, siadając przy stole? Siedzisz w skarpetkach. Nawet jeśli jest to spotkanie biznesowe. Tego nie wiedzieliśmy na początku, oczywiście. Zaczęliśmy to wszystko opisywać na blogu. Maciek robił zdjęcia, ja pisałam w porozumieniu z nim teksty. Czuliśmy się tam jak egzotyczni przybysze, budziliśmy ciekawość. Choć skromni z natury Japończycy starali się udawać, że się w nas nie wpatrują… Ale już nasz blondwłosy synek, bez przerwy nazywany po japońsku „słodkim”, był popularny niczym gwiazda rocka.

Japończycy dziwili się, patrząc na Was. A Was co tam dziwiło?

Pierwsza z brzegu rzecz: Japończycy wolą mrużyć oczy niż chodzić w okularach przeciwsłonecznych. Dlaczego? Bo czarne szkła kojarzą im się z japońską mafią. Albo ze zbyt dużą hipsterką, alternatywą. Podobnie tatuaże, które są z tego samego powodu źle widziane. W onsensach, czyli japońskich gorących źródłach, których w Japonii jest zatrzęsienie, nie można paradować z tatuażem. Niektóre ośrodki oferują nawet sprzedaż plastrów, które pozwolą zakleić „dziary”. Na basenie tatuaże również są niemile widziane. Podobnie z piercingiem. Cóż, w Japonii lepiej się nie wyróżniać.

Kobiety się nie stroją?

Łatwo odróżnić Japonkę od cudzoziemki, bo ta druga nosi często krótsze spódnice, a ta pierwsza za kolano. Jakby było odgórne zalecenie, aby wyglądać tak samo. Słyszeliśmy o przypadkach uczennic, które musiały farbować włosy na ciemniejszy odcień, bo ten naturalny był… jasnobrązowy, a nie czarny. Czyli zbyt jasny. To kolejny paradoks: Japonia jest krajem rozwiniętym technologicznie, ale naczelną zasadą pozostaje trzymanie się tradycji. Zasad się nie podważa, nie dyskutuje z nimi. Jasne, w Tokio jest dzielnica artystyczna, hipsterska, ale taki styl to rzadkość.

Kiedy opisywaliście Wasze przygody i spostrzeżenia na blogu „Rodziną w świat”, staliście się popularni w Internecie. Potem zaczęliście pojawiać się w telewizji i gazetach.

Pamiętam, jak udzieliłam zdalnie wywiadu do portalu Gazeta.pl o Matkach Polkach za granicą. W Japonii jest osiem godzin różnicy, więc kiedy wstałam rano, miałam zapchaną skrzynkę, tyle było wiadomości od znajomych i nieznajomych. Co raz częściej pisały do nas osoby z Polski, które przylatywały do Japonii i prosiły o różne porady. W międzyczasie dostaliśmy propozycję z magazynu „National Geographic Traveler”, aby napisać reportaż o Japonii. Odezwali się też redaktorzy z Onetu, Polsatu. Zupełnie się tego nie spodziewaliśmy. Ale najbardziej zaskoczyła nas wiadomość od redaktorki z Wydawnictwa Pascal z propozycją wydania książki o Japonii, której premiera odbyła się 30 września. To dla nas duża rzecz i nadal trochę nie możemy w to uwierzyć. Opisaliśmy nasze spostrzeżenia, ale też wiele zjawisk czy niecodziennych miejsc, jak np. hotele miłości, tzw. love hotels, wynajmowane na godziny po to, aby uprawiać seks, także w związku. Z jednej strony w Japonii nie wypada się całować na ulicy, a z drugiej strony istnieją love hotels. Japonia jest pełna zaskakujących różnorodności.

Twoje największe odkrycie, dotyczące Japończyków?

Przełamanie stereotypu, w którym wszyscy wyobrażamy sobie ten kraj jako nowoczesny, bardzo rozwinięty, a jest tak wiele do zrobienia w kwestii podejścia do feminizmu, roli kobiety w społeczeństwie itd. Na przykład Japonki wciąż nie mają szans na awans; główne stanowiska w firmach i w państwie piastują zwykle mężczyźni. Japonia potrafi być niesamowita, cudowna, ale nie możemy być bezkrytyczni. Choć i my mieliśmy etap zachłyśnięcia się tym krajem, szczególnie w sferze kulinarnej. Jednego możemy być pewni: ryżu jada się tam na kilogramy, nawet do pierożków i na śniadanie.

Udało Wam się zaprzyjaźnić z japońską rodziną, a to rzadkość.

Kiedy ja pracowałam, Maciek z dzieckiem odkrywał najbliższą okolicę. Na placu zabaw zaprzyjaźnił się z pewną Japonką, której córeczka bawiła się z naszym synkiem. Ona mówiła dosyć dobrze po angielsku (co w Japonii wcale takie oczywiste nie jest) i była bardzo pomocna w różnych sprawach. Raz zaprosili nas na kolację, to było nie lada wydarzenie (i miało miejsce na początku naszego pobytu), spróbowaliśmy wielu japońskich tradycyjnych
potraw: temaki sushi, czyli ryż, ryba i dodatki w zwiniętym w rożek nori czy dania o nazwie sukiyaki. Mamy do tej pory ze sobą kontakt. Nam się udało, ale generalnie ciężko zbliżyć się do Japończyków, bo z natury są zamknięci i introwertyczni.

Wakacje bez partnera – lekarstwo czy zabójstwo dla związku?

Ciekawe, czego nauczyliście się o sobie, mieszkając w Tokio?

Wbrew pozorom nie czuliśmy się tam aż tak bardzo samotni. Korzystaliśmy z tego, co oferuje Japonia, np. otworzyły się dla nas miejsca do tej pory zbyt
odległe, jak Hawaje. Japończycy kochają Hawaje! Przeloty nie należą do tanich, ale za to jest blisko… Pobyt na drugim końcu świata, kiedy byliśmy zdani głównie na siebie, mocno nas połączył. Siłą rzeczy musieliśmy się mocno wspierać. Po powrocie do Polski pomyśleliśmy sobie, że jak tam sobie poradziliśmy, to już damy radę wszędzie.

Powiązane artykuły

One thought on “Jak mieszkać w Japonii i nie zwariować?

  1. Ludzie budują za dużo murów, a za mało mostów. Choduja zbyt dużo knurów, a za mało porostów… Izaac Newton & GreenPeace

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *